Nie lubię marudzenia bez powodu. A takim pustym i nieznajdującym uzasadnienia w rzeczywistości marudzeniem jest dla mnie narzekanie na polskie filmy. Często na różnych forach filmowych spotykam tematy o tym, jakie polskie kino jest beznadziejne, smętne i monotematyczne. O tym, że nie powstają u nas wartościowe filmy, tylko same głupie komedie romantyczne ze słabymi aktorami.
Wystarczy jednak trochę wysilić pamięć i okazuje się, że polskich dobrych filmów jest całkiem sporo. I nie chodzi mi o stare świetne filmy typu “Nóż w wodzie” (jak dla mnie genialny). Nie chodzi mi też o komedie Barei ani o “Seksmisję” :) Myślę o filmach, które powstały po 1989 roku. A oto polskie dobre filmy, które od razu przychodzą mi do głowy:
- “Zawrócony”
- “Wrony”
- “Jestem”
- “Łagodna” (ekranizacja powieści Dostojewskiego z Januszem Gajosem i Dominiką Ostałowską)
- “Pułkownik Kwiatkowski”
- “Cześć, Tereska”
- “Pogoda na jutro”
- “Sztuczki”
- “Vinci”
- “Wesele”
- “Dzień świra”
- “Wszyscy jesteśmy Chrystusami”
Sporo szumu narobiły “Pręgi” i “Plac Zbawiciela”. Niewątpliwie są to obrazy poruszające, ale nie należę do miłośników akurat tych dwóch tytułów.
Sympatyczne były “Ciało” i “Rezerwat”.
Wiele dobrego słyszałam też na przykład o “Jasminum”, “Komorniku” czy “Tulipanach”, ale jeszcze ich nie widziałam.
Piętą Achillesową polskiego kina jest dźwięk. Najczęściej krzyki są bardzo głośne, a spokojne dialogi prawie niesłyszalne ;-) Ale na przykład w kwestii zdjęć moim zdaniem nie ma na co narzekać. A właściwie często można się zachwycać :-) Podobnie jak polską muzyką filmową.