Archiwum dla luty, 2009

Tak, lubię komedie romantyczne

Posted in felieton tagi , , , , , on 28/02/2009 by kinomanka

Komedie romantyczne to taki dziwny gatunek filmowy, który teoretycznie uwielbiają tylko kobiety. Mężczyźni “tylko” je z nimi oglądają i próbują ukryć wzruszenie lub nie popłakać się ze śmiechu.

Powszechnie komedie romantyczne są krytykowane za sentymentalizm i tanie chwyty. Sęk w tym, że z komediami romantycznymi jest dokładnie tak samo jak z filmami sensacyjnymi, horrorami, dramatami czy filmami SF: bywają dobre i słabe. Tymczasem wiele osób próbuje równocześnie ocenić świetne “Kiedy Harry poznał Sally” i mdłe “Powiedz tak” z Jennifer Lopez. Podgrupy są jednak w tym gatunku bardzo wyraźne. Owszem, czasem film jest zrobiony według ustalonego szablonu: bierzemy Meg Ryan, robimy z niej zagubioną słodką głupiutką bohaterkę i rzucamy w wir jakiejś dziwnej sytuacji, po czym na końcu wszyscy odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca. Uwielbiana “Bezsenność w Seattle” jest właśnie takim filmem. Lubię go, owszem, ale końcówka jest tak “wzruszająca”, że aż zęby bolą.

Lubię nawet leciutkie “Dwa tygodnie na miłość”. Przede wszystkim za jedną scenę. Nie, nie chodzi mi o scenę, w której Sandra Bullock tkwi w korku, a musi pilnie iść do toalety. Mam na myśli scenę w restauracji. Zamiast nachalnie tłumaczyć widzowi, że bohaterowie nieźle się zakumplowali, pokazany jest po prost wspólny posiłek – rozmawiając, Sandra i Hugh zabierają sobie z talerzy te elementy sałatek, których nie lubią. Cwane.

W komediach romantycznych często pokazywane jest zwyczajne, codzienne życie, a oprócz tego – znane ciekawe miejsca. We “Francuskim pocałunku” jest kapitalna sekwencja scen w Paryżu ze znikającą wieżą Eiffla, której nie może odnaleźć zagubiona Meg Ryan, a w “Tylko ty” Marisa Tomei biega po Rzymie, mijając sporo miejsc, które zwiedzałam. “Masz wiadomość” jest mi z kolei bliskie z powodu branży, w której pracują główne postacie. Nie są to co prawda filmy z ładunkami wybuchowymi, statkami kosmicznymi i teoriami spiskowymi, ale dzięki temu można w nich odnaleźć coś, co znamy z własnego życia. I niekoniecznie chodzi mi tu o fabułę :-)

Niestety, nie znam dobrej komedii romantycznej, która nie miałaby amerykańskiej lub angielskiej produkcji. Fragmenty polskich filmów typu “Nigdy w życiu”, które widziałam, były niesamowicie toporne i nie oglądało się ich dobrze. Szkoda.

Mniej znane komedie romantyczne, które polecam:

- “Tylko ty” (z Robertem Downeyem jr.),

- “Holiday” (z Kate Winslet, Cameron Diaz, Jude’em Law i Jackiem Blackiem),

- “Dziewczyna z Alabamy” (z Reese Witherspoon),

- “Miłość ma dwie twarze” (z Jeffem Bridgesem!),

- “Francuski pocałunek” (fajna Meg Ryan i Kevinem Kline’em).

I jeszcze bardzo słabe komedie romantyczne – omijać szerokim łukiem:

- “Pokojówka na Manhattanie” (boleję, bo gra w niej Ralph Fiennes),

- “Serce nie sługa” (Meryl Streep gra oczywiście świetnie, ale film jest nudny i bez wyrazu),

- “Powiedz tak” (Lopez ustylizowana na chodzącą niewinność, do tego przesłodzony Matthew McConaughey i przewidywalność – za duża nawet jak na komedię romantyczną).

Jagodowa nicość

Posted in recenzje tagi , , on 23/02/2009 by kinomanka

Przykro mi. Przykro mi, bo rozpoczynam ten blog od rozczarowania.
O “My Blueberry Nights” dowiedziałam się dawno temu. “Nastrojowa opowieść z Jude’em Law, Natalie Portman, Norah Jones i Rachel Weisz w rolach głównych” – tak mniej więcej pisano o tym filmie. Wystarczyłoby mi “nastrojowa opowieść z Jude’em Law”, a nawet samo “z Jude’em Law”, żeby iść do kina, ale nazwiska trzech uroczych pań były dodatkową zachętą. Żałowałam, że film nie jest pokazywany w Polsce.
A tu nagle – Walentynki 2009 i w naszych kinach… “Jagodowa miłość”. Chybione tłumaczenie tytułu oczywiście mnie nie zniechęciło i ochoczo kupiłam bilety.
Bynajmniej nie nastawiałam się na mrożące krew w żyłach kino akcji czy komedię romantyczną. Ale po określeniach “nastrojowa opowieść” czy “klimatyczne kino drogi” spodziewałam się czegoś na kształt… “Bezdroży”. Tylko z ciastem jagodowym zamiast pinot noir (chociaż oczywiście dzieło na miarę filmu Alexandra Payne’a zdarza się raz na parę lat).
A tu niespodzianka. Film jest miły w odbiorze i… fascynująco pusty w środku. Zadziwia sam wybór tematu przez – doświadczonego w końcu – reżysera. Historia jest zaskakująco banalna. Fabułę próbuje ratować wątek z Natalie Portman, która jak zwykle dała popis swoich możliwości (najwyraźniej dziewczyna porządnie wyćwiczyła umiejętność poruszającego płaczu w “Duchach Goi”). Niestety, wątek z Rachel Weisz jest tak słaby, że nawet oglądanie Portman jako cwanej pokerzystki w pięknym jaguarze nie jest w stanie go zrównoważyć. Weisz gra w nieznośnie zmanierowany sposób i to banalną rolę. Jej historia zamiast poruszać – śmieszy. Z przykrością muszę stwierdzić, że nawet Jude Law grał jedną miną. Czy sympatycznego gościa zza baru nie można pokazać w inny sposób, jak tylko szczerząc się przez cały film i pochylając w stronę rozmówczyni? Aż chce się powiedzieć “Ok, OK, mamy to!”.
Wiele osób rozpływa się nad zdjęciami w “My Blueberry Nights”. Owszem, miały być oryginalne i “artystyczne”. Mnie męczyły. Tak, jestem prosta i lubię dobre wyraźne zdjęcia i staranne kadrowanie.
A co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Że mimo tych wszystkich wad filmu… nabrałam ochoty na ciasto z jagodami :)

Witam :-)

Posted in informacyjne tagi on 02/02/2009 by kinomanka

Witam serdecznie na moim blogu filmowym. Zachęcam do dyskusji i komentowania.