Komedie romantyczne to taki dziwny gatunek filmowy, który teoretycznie uwielbiają tylko kobiety. Mężczyźni “tylko” je z nimi oglądają i próbują ukryć wzruszenie lub nie popłakać się ze śmiechu.
Powszechnie komedie romantyczne są krytykowane za sentymentalizm i tanie chwyty. Sęk w tym, że z komediami romantycznymi jest dokładnie tak samo jak z filmami sensacyjnymi, horrorami, dramatami czy filmami SF: bywają dobre i słabe. Tymczasem wiele osób próbuje równocześnie ocenić świetne “Kiedy Harry poznał Sally” i mdłe “Powiedz tak” z Jennifer Lopez. Podgrupy są jednak w tym gatunku bardzo wyraźne. Owszem, czasem film jest zrobiony według ustalonego szablonu: bierzemy Meg Ryan, robimy z niej zagubioną słodką głupiutką bohaterkę i rzucamy w wir jakiejś dziwnej sytuacji, po czym na końcu wszyscy odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca. Uwielbiana “Bezsenność w Seattle” jest właśnie takim filmem. Lubię go, owszem, ale końcówka jest tak “wzruszająca”, że aż zęby bolą.
Lubię nawet leciutkie “Dwa tygodnie na miłość”. Przede wszystkim za jedną scenę. Nie, nie chodzi mi o scenę, w której Sandra Bullock tkwi w korku, a musi pilnie iść do toalety. Mam na myśli scenę w restauracji. Zamiast nachalnie tłumaczyć widzowi, że bohaterowie nieźle się zakumplowali, pokazany jest po prost wspólny posiłek – rozmawiając, Sandra i Hugh zabierają sobie z talerzy te elementy sałatek, których nie lubią. Cwane.
W komediach romantycznych często pokazywane jest zwyczajne, codzienne życie, a oprócz tego – znane ciekawe miejsca. We “Francuskim pocałunku” jest kapitalna sekwencja scen w Paryżu ze znikającą wieżą Eiffla, której nie może odnaleźć zagubiona Meg Ryan, a w “Tylko ty” Marisa Tomei biega po Rzymie, mijając sporo miejsc, które zwiedzałam. “Masz wiadomość” jest mi z kolei bliskie z powodu branży, w której pracują główne postacie. Nie są to co prawda filmy z ładunkami wybuchowymi, statkami kosmicznymi i teoriami spiskowymi, ale dzięki temu można w nich odnaleźć coś, co znamy z własnego życia. I niekoniecznie chodzi mi tu o fabułę :-)
Niestety, nie znam dobrej komedii romantycznej, która nie miałaby amerykańskiej lub angielskiej produkcji. Fragmenty polskich filmów typu “Nigdy w życiu”, które widziałam, były niesamowicie toporne i nie oglądało się ich dobrze. Szkoda.
Mniej znane komedie romantyczne, które polecam:
- “Tylko ty” (z Robertem Downeyem jr.),
- “Holiday” (z Kate Winslet, Cameron Diaz, Jude’em Law i Jackiem Blackiem),
- “Dziewczyna z Alabamy” (z Reese Witherspoon),
- “Miłość ma dwie twarze” (z Jeffem Bridgesem!),
- “Francuski pocałunek” (fajna Meg Ryan i Kevinem Kline’em).
I jeszcze bardzo słabe komedie romantyczne – omijać szerokim łukiem:
- “Pokojówka na Manhattanie” (boleję, bo gra w niej Ralph Fiennes),
- “Serce nie sługa” (Meryl Streep gra oczywiście świetnie, ale film jest nudny i bez wyrazu),
- “Powiedz tak” (Lopez ustylizowana na chodzącą niewinność, do tego przesłodzony Matthew McConaughey i przewidywalność – za duża nawet jak na komedię romantyczną).