“Współcześnie także zdarzają się potworne tragedie. Takie jak w Kosowie, na Bliskim Wschodzie czy w Czeczenii. W różnych miejscach naszego globu nacjonaliści wciąż podżegają ludzi do zbrodni. Może się okazać, że nasz sąsiad jest oprawcą albo ofiarą w jednym z trwających konfliktów. Dopóki nie wyciągniemy z historii odpowiedniej lekcji, powinny powstawać takie filmy jak ‘Lektor’” - Ralph Fiennes*
Poszłam na “Lektora”, nie mając pojęcia o jego tematyce. Wiedziałam, że zagrali w nim Ralph Fiennes i Kate Winslet, która za swoją rolę dostała Oscara. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej poszłam do kina tak “nieprzygotowana”. Przynajmniej dałam się zaskoczyć.
Film wyreżyserował Stephen Daldry, który ma na koncie m.in. “Billy’ego Elliota” i “Godziny”. Jak poszło mu tym razem? “Lektor” jest dobry, na tyle dobry, że dźwięk chrupania popcornu produkowany przez dziewczynę siedzącą obok mnie udało mi się spychać ze świadomości na dość długie fragmenty (zjadła całe wielkie “wiaderko” – szacunek). Od razu weszłam w świat przedstawiony na ekranie. Duża w tym zasługa zdjęć, które niewątpliwie są ciekawe, nastrojowe, spójne pod względem barwy i formy. Zanurzyć się w filmie pomogli mi też aktorzy. Kate Winslet rzeczywiście się spisała, chociaż przyznanie jej Oscara uważam za lekką przesadę. Nie pomaga jej charakteryzacja, która przed kręceniem końcowych scen trwała podobno 7 godzin. No cóż… niestety nie widać tego na ekranie. Nie wiem dlaczego charakteryzacja w niektórych nowych amerykańskich filmach jest, delikatnie mówiąc, słaba. Z tego powodu pod koniec filmu trudno się wczuć w postać graną przez Winslet. Niemniej chyba dobrze się stało, że z roli Hanny zrezygnowała Nicole Kidman. Cenię ją, ale nie potrafię sobie jej w tym filmie wyobrazić. Świetnie poradził sobie David Kross w roli młodego Michaela, jego gra jest naturalna i niewydumana. Ubolewam natomiast nad rolą Ralpha Fiennesa. Przede wszystkim jest go w tym filmie mało. Poza tym mnie nie przekonał. Nie byłam pewna, co chce przekazać, nie pomógł mi zrozumieć swojej postaci. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych aktorów, tym bardziej mi smutno, że tym razem nie zrobił na mnie wrażenia.
Najmocniejszą stroną filmu jest historia, zaskakująca i trudna do jednoznacznej oceny, poruszająca i bardzo przygnębiająca. Efekt burzy chwilami modna obecnie maniera przeciągania decydujących scen, które przy tym zupełnie pozbawione są muzyki. W trakcie jednej z takich scen kilka osób, zamiast się popłakać czy chociaż zasmucić, zaczęło po prostu chichotać. Nie wiem, dlaczego filmowcy starają się wzruszać widzów na siłę. Historia, którą pokazują, zwykle nie wymaga przecież dodatkowych podpowiedzi.
I jeszcze jedna uwaga. Spotkałam się z opiniami, że film “wybiela” Holocaust. Według mnie ten film to ponowne, bardzo dobitne i wyraźne pokazanie, jak wielkim koszmarem była II wojna światowa i wszystko, co się wtedy wydarzyło. Odkrycie, że ktoś odebrał “Lektora” jako film-usprawiedliwienie, było dla mnie dużym zaskoczeniem. Niestety, powierzchowna krytyka bez wnikania w intencje twórcy jest ostatnio bardzo popularna. Od razu przypominają mi się opinie o “Pasji” Mela Gibsona: “Przesadził z przemocą!”, “Upaja się scenami zadawania bólu!”, “Jak można pokazywać takie rzeczy??”. Nie wiem, czy ludzie wygłaszający te poglądy spodziewali się zobaczyć w “Pasji” Jezusa pływającego łódką z kolegami? Spacerującego po łące? Pokonującego katów świetlnym mieczem? Ale wiadomo, krytykować jest łatwo, a włożyć trochę wysiłku w próbę zrozumienia reżysera – dużo trudniej.
* Wypowiedź pochodzi z wywiadu dla “Wysokich Obcasów”.