Czysta przyjemność (czytania)

Posted in cytaty tagi on 11/05/2009 by kinomanka

Dziś trochę mniej filmowo. Wczoraj byłam w kinie na “Vicky Cristina Barcelona”. Film jest co prawda miły dla oka i dobrze się go ogląda, ale nie zainspirował mnie do napisania recenzji. Ale o jego twórcy mogę coś nagryzmolić. Niedawno zapoznałam się z opowiadaniami Woody’ego Allena. I co się okazało? Że neurotyczny okularnik rządzi nie tylko w filmie, ale i w słowie pisanym. Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy warto sięgnąć po jego “Czystą anarchię”, proszę bardzo – oto kilka cytatów:

- “Gdybym był kałamarnicą, już ta preambuła zdołałaby mnie zmusić do tryśnięcia czarnym atramentem”
- “Poszukała zapomnienia w sypialni, wdając się w romans. Ten zaś trudno było ukryś przed Borisem Ivanovichem, który dzielił z nią tę sypialnię i wciąż się dopytywał, co to za gość wyleguje się obok”
- “Na widok odcieni jej skóry wypływa mi na twarz uśmiech usuwalny jedynie dłutem”
- “Wyłoży swój pomysł na musical, oparty na klasyfikacji dziesiętnej Deweya”
- “Fizyka, jak się okazuje, zna odpowiedzi na wszystko niczym zrzędliwy krewny. (…) O fizyce na pewno wiem tyle, że człowiekowi na brzegu czas upływa szybciej niż człowiekowi na łodzi, szczególnie kiedy człowiek na łodzi pływa z żoną”
- “Biggs był to utuczony budyń z fryzurą, w która można się zaopatrzyć tylko przez infolinię: 1-800-Peruki-Tupety. Z chaosu tików ożywiających twarz powstawały nieoczekiwane kombinacje kresek i kropek podobne do alfabetu Morse’a”
- “Świetnie – odrzekłem, sunąc ku drzwiom. – Trochę się spóźniam… z paroma przyjaciółmi budujemy stodołę…”

PS Brawa dla tłumacza – nie wiem, ile czasu trzeba główkować, żeby wpaść np. na takie sformułowanie: “ludzie od smirnoffa nieskąpo zabejcowali mi korę mózgową” :D

 

Czysta anarchia / Woody Allen ; przekł. Wojsław Brydak.
Poznań : Dom Wydawniczy Rebis, 2008.

Co by było, gdyby…

Posted in aktorstwo, felieton tagi , , , , , , , , , on 06/05/2009 by kinomanka

Wiadomo, że z IMDB można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy… Wczoraj czytałam sobie trivia “Skazanych na Shawshank”. Bardzo zajmująca lektura, ale miejscami jeżyły mi się włosy na głowie. Chodzi o 3 konkretne informacje:

“The role of Andy Dufresne was originally offered to Tom Hanks, who couldn’t accept due to scheduling conflicts with ’Forrest Gump’” (od wczoraj jeszcze bardziej lubię “Forresta Gumpa”!)

“Kevin Costner turned down the role of Andy Dufresne…” (Alleluja!!!) “…a decision he strongly regretted later on” (jakoś się nie dziwię)

i teraz najlepsze:

“Rob Reiner loved Frank Darabont’s script so much that he offered $2.5 million for the rights to the script so he could direct it. Darabont seriously considered Reiner’s offer but ultimately decided that it was his ‘chance to do something really great’ by directing the movie himself. Reiner wanted Harrison Ford and Tom Cruise to play Red and Andy respectively” (O… M… G…!!!)

Hanks, jak to Hanks, poradziłby sobie z rolą na pewno, ale jeśli chodzi o urok osobisty, to do Tima Robbinsa nie ma startu. Costner… no cóż, ma już jeden duet z Morganem Freemanem na koncie i dobrze, że na tym poprzestał :-) Tom Cruise w “Wywiadzie z wampirem” był najbardziej wampirskim wampirem w filmie, ale absolutnie nie potafię go sobie wyobrazić jako Andy’ego. No i Harrison Ford… nie przepadam za gościem, ale mniejsza z tym. Czym byłby film “Skazani na Shawshank” bez Morgana Freemana?? Bez jego spokojnego głosu narratora? Bardzo się cieszę, że te wszystkie pomysły spaliły na panewce.

Podobne wrażenie zrobiła na mnie kiedyś informacja, że pierwotnie w “Powrocie do przyszłości” nie było… Michaela J. Foxa. Marty’ego McFly’a miał zagrać Eric Stoltz. Co więcej, zaczął grać, bo zaczęto nagrywać i dopiero po kilku tygodniach pracy Stoltza wymieniono na Foxa.

Te przykłady skłaniają do zastanowienia się, jaka część filmu zależy od aktorów? Niby decydujące zdanie należy do reżysera, ale czy ”Skazani na Shawshank” bez Robbinsa to byłoby aż tak genialne dzieło? W końcu kilka scen i motywów z filmu sam podsunął reżyserowi. A czy ”Powrót do przyszłości” byłby tak samo porywający i uroczy, gdyby Marty’ego nie zagrał Michael J. Fox z tym swoim głosikiem? Na pewno nie!:)

Dziś na Ale Kino!

Posted in informacyjne tagi , on 04/05/2009 by kinomanka

Ale Kino! dało czadu. Wygrzebali jeden z najfajniejszych filmów SF lat 80. Przypomniałam sobie o nim kilka tygodni temu i chciałam kupić na DVD, ale nie udało mi się. Przed paroma dniami przeglądałam program TV – a tu proszę!:D Już dziś o 20:00 “Mój własny wróg” (“Enemy Mine”). Gorąco polecam!

  • reżyseria: Wolfgang Petersen
  • w rolach głównych: Dennis Quaid, Louis Gossett Jr.
  • najbliższe emisje: 04 maja, poniedziałek, godz. 20:00; 09 maja, sobota, godz. 02:50; 21 maja, czwartek, godz. 13:20

http://www.alekino.pl/program/?full/29256

Mój ranking filmów wojennych

Posted in ranking tagi on 29/04/2009 by kinomanka

1. Ziemia niczyja
2. Musimy sobie pomagać
3. Ofiary wojny
4. Full Metal Jacket
5. Łowca jeleni
6. Cienka czerwona linia
7. Pluton
8. O jeden most za daleko
9. Czas apokalipsy
10. Kilka scen ze “Wzgórza nadziei”

Ciekawe, że najlepsze filmy o wojnie to te, w których… właściwie nie są pokazane żadne działania wojenne, bitwy, eksplozje. Pokazany jest po prostu człowiek, który tkwi w tym absurdzie. Pokazane są zachowania i wybory, jakie musi podejmować. Na dodatek film, który umieścilam na pierwszym miejscu, jest właściwie… zabawny. Natomiast jego końcówka jest najlepszym podsumowaniem wojny, jakie widziałam w kinie. 
Dziwić może punkt 10. Ale po prostu krótki fragment “Wzgórza nadziei”, w którym pokazane jest, co Inman przeżył na froncie, jest wyjątkowo sugestywnym przedstawieniem piekła bitwy.

Muzyka filmowa

Posted in muzyka filmowa tagi , , , , , , on 20/04/2009 by kinomanka

Paradoks muzyki filmowej polega na tym, że… nie powinno się jej zauważać. Nie powinna przeszkadzać, dominować – to jasne. Ale nie może też odwracać uwagi od obrazu i fabuły. Jest to moja osobista opinia, podejrzewam, że niejeden muzyk ma odmienne zdanie :-)

Muzyka filmowa, którą najbardziej kocham, to taka, na którą przy pierwszym obejrzeniu filmu w ogóle nie zwróciłam uwagi. Dopiero za drugim razem, kiedy już znałam fabułę, następowało olśnienie: “Aaa! Jaka pękna melodia!”. Inaczej mam ze zdjęciami – bardzo często urzekają mnie od razu. Najwyraźniej jestem wzrokowcem :-)

Często na forach internetowych pośwęconych filmom albo muzyce filmowej mylone są pojęcia soundtracku i muzyki filmowej. Soundtracki też bywają świetne, owszem (“Pulp Fiction”, “Lost Highway”), ale są to tylko kompilacje utworów różnych wykonawców, dobrane do filmu, a nie specjalnie do niego skomponowane.

A oto moja obecnie ulubiona muzyka filmowa (lub serialowa):

- “Wichrowe Wzgórza” Ryuichi Sakamoto
- “Tajemnice Sahary” Ennio Morricone
- “Misja” Ennio Morricone
- “Fortepian” Michael Nyman
- “Tajemniczy ogród” Zbigniew Preisner
- “Dziewiąte wrota” Wojciech Kilar
- “Frankenstein” Patrick Doyle
- “Podwójne życie Weroniki” Zbigniew Preisner
- “Portret damy” Wojciech Kilar
- “Bandyta” Michał Lorenc

Dobra muzyka filmowa obroni się też poza filmem. Od około pół roku bardzo często słucham tria Morricone-Preisner-Kilar i na razie mi się nie znudziło. Ciekawe, że 2/3 moich ulubionych kompozytorów muzyki filmowej to Polacy :-)

Wielki hit i mały kit

Posted in recenzje tagi , , , , on 11/04/2009 by kinomanka

Tym razem chcę opowiedzieć o dwóch filmach, które ostatnio obejrzałam.
Pierwszy z nich to “Niczego nie żałuję – Edith Piaf”. Niewątpliwie jest to film przemyślany i solidny, a przy tym przedstawia historię niezwykłej postaci, która miała charakter, talent i nieprzeciętne życie. Warto go zobaczyć, żeby zdać sobie sprawę, co przeszła Edith Piaf, zanim zaśpiewała swoje wielkie przeboje.
“Cienie we mgle” Woody’ego Allena to film, w którym zmieszano kilka konwencji – formą nawiązuje do niemieckich ekspresjonistów, dialogi są zabawne, a atmosfery wystarczyłoby dla pięciu współczesnych horrorów. W gruncie rzeczy jest to zabawa stylami, przede wszystkich rozrywka.
Teoretycznie pierwszy film jest poważnym i – powtórzę – bardzo dokładnie przemyślnym przedstawieniem autentycznej postaci, a drugi – przede wszystkim zabawą.
Różnica między nimi polega na tym, że pierwszy widza męczy, a drugi dostarcza mu wspaniałej rozrywki.
Reżyser “Niczego nie żałuję” popełnił według mnie dwa znaczące błędy. Przede wszystkim skacze po życiu Edith Piaf jak konik polny po łące. Kiedy wreszcie skończy się moda na drobiazgowe szatkowanie chronologii? Owszem, niekiedy takie skoki dają świetny efekt: wprowadzają odbiorcę w historię, przyciągają uwagę, intrygują (przykładem niech będą tutaj “Wichrowe Wzgórza” z 1992 r.). Ale nie tym razem. Tutaj skoków w czasie jest tyle, że nie nadążamy wczuć się w postać.
Drugi błąd to wybiórczość. Sukcesów Piaf jest na ekranie jak na lekarstwo. Mamy za to męczący ciąg strasznych wydarzeń, upadków i dolegliwości. Brakuje równowagi.
W efekcie “Niczego nie żałuję” staje się filmem rozciągniętym i przytłaczającym. Mimo pomysłowych zabiegów wykorzystanych do przedstawienia biografii Piaf. I mimo dobrej gry aktorskiej. Podobnie jak w przypadku “Aviatora”, forma nieco przytłoczyła treść.
A “Cienie we mgle”? Czarno-biały film przedstawiający zaledwie jedną noc. Jego fabułę można streścić mniej więcej tak: kilka zagubionych osób błąka się po spowitym mgłą mieście i szuka mordercy, nikt nic nie wie, panuje jeden wielki chaos… Tymczasem ogląda się to świetnie, wchodzi się przez ekran do tego miasteczka i zapomina o rzeczywistości. A wszystko dzięki niesamowitej atmosferze, ciekawym zdjęciom i subtelnemu allenowskiemu humorowi. Do tego Mia Farrow, Madonna, John Cusack, Jodie Foster, Kathy Bates, John Malkovich (jako przeżywający rozterki klaun!) i wielu innych. Przepychota!

Lektor

Posted in recenzje tagi , , , on 25/03/2009 by kinomanka

“Współcześnie także zdarzają się potworne tragedie. Takie jak w Kosowie, na Bliskim Wschodzie czy w Czeczenii. W różnych miejscach naszego globu nacjonaliści wciąż podżegają ludzi do zbrodni. Może się okazać, że nasz sąsiad jest oprawcą albo ofiarą w jednym z trwających konfliktów. Dopóki nie wyciągniemy z historii odpowiedniej lekcji, powinny powstawać takie filmy jak ‘Lektor’” - Ralph Fiennes*

Poszłam na “Lektora”, nie mając pojęcia o jego tematyce. Wiedziałam, że zagrali w nim Ralph Fiennes i Kate Winslet, która za swoją rolę dostała Oscara. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej poszłam do kina tak “nieprzygotowana”. Przynajmniej dałam się zaskoczyć.

Film wyreżyserował Stephen Daldry, który ma na koncie m.in. “Billy’ego Elliota” i “Godziny”. Jak poszło mu tym razem? “Lektor” jest dobry, na tyle dobry, że dźwięk chrupania popcornu produkowany przez dziewczynę siedzącą obok mnie udało mi się spychać ze świadomości na dość długie fragmenty (zjadła całe wielkie “wiaderko” – szacunek). Od razu weszłam w świat przedstawiony na ekranie. Duża w tym zasługa zdjęć, które niewątpliwie są ciekawe, nastrojowe, spójne pod względem barwy i formy. Zanurzyć się w filmie pomogli mi też aktorzy. Kate Winslet rzeczywiście się spisała, chociaż przyznanie jej Oscara uważam za lekką przesadę. Nie pomaga jej charakteryzacja, która przed kręceniem końcowych scen trwała podobno 7 godzin. No cóż… niestety nie widać tego na ekranie. Nie wiem dlaczego charakteryzacja w niektórych nowych amerykańskich filmach jest, delikatnie mówiąc, słaba. Z tego powodu pod koniec filmu trudno się wczuć w postać graną przez Winslet. Niemniej chyba dobrze się stało, że z roli Hanny zrezygnowała Nicole Kidman. Cenię ją, ale nie potrafię sobie jej w tym filmie wyobrazić. Świetnie poradził sobie David Kross w roli młodego Michaela, jego gra jest naturalna i niewydumana. Ubolewam natomiast nad rolą Ralpha Fiennesa. Przede wszystkim jest go w tym filmie mało. Poza tym mnie nie przekonał. Nie byłam pewna, co chce przekazać, nie pomógł mi zrozumieć swojej postaci. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych aktorów, tym bardziej mi smutno, że tym razem nie zrobił na mnie wrażenia.

Najmocniejszą stroną filmu jest historia, zaskakująca i trudna do jednoznacznej oceny, poruszająca i bardzo przygnębiająca. Efekt burzy chwilami modna obecnie maniera przeciągania decydujących scen, które przy tym zupełnie pozbawione są muzyki. W trakcie jednej z takich scen kilka osób, zamiast się popłakać czy chociaż zasmucić, zaczęło po prostu chichotać. Nie wiem, dlaczego filmowcy starają się wzruszać widzów na siłę. Historia, którą pokazują, zwykle nie wymaga przecież dodatkowych podpowiedzi. 

I jeszcze jedna uwaga. Spotkałam się z opiniami, że film “wybiela” Holocaust. Według mnie ten film to ponowne, bardzo dobitne i wyraźne pokazanie, jak wielkim koszmarem była II wojna światowa i wszystko, co się wtedy wydarzyło. Odkrycie, że ktoś odebrał “Lektora” jako film-usprawiedliwienie, było dla mnie dużym zaskoczeniem. Niestety, powierzchowna krytyka bez wnikania w intencje twórcy jest ostatnio bardzo popularna. Od razu przypominają mi się opinie o “Pasji” Mela Gibsona: “Przesadził z przemocą!”, “Upaja się scenami zadawania bólu!”, “Jak można pokazywać takie rzeczy??”. Nie wiem, czy ludzie wygłaszający te poglądy spodziewali się zobaczyć w “Pasji” Jezusa pływającego łódką z kolegami? Spacerującego po łące? Pokonującego katów świetlnym mieczem? Ale wiadomo, krytykować jest łatwo, a włożyć trochę wysiłku w próbę zrozumienia reżysera – dużo trudniej.

 

* Wypowiedź pochodzi z wywiadu dla “Wysokich Obcasów”.

Najlepsze kreacje aktorskie (1)

Posted in aktorstwo, ranking tagi , , , on 19/03/2009 by kinomanka

1) Michelle Pfeiffer jako Ingrid Magnussen w “Białym oleandrze” – wcześniej widziałam w niej przede wszystkim piękną kobietę, po tym filmie zdecydowanie postrzegam ją jako znakomitą aktorkę. Pfeiffer nie miała łatwego zadania, bo w książce jej postać widziana jest z boku, opisane są tylko jej działania i słowa, nie uczucia i myśli. Ciekawa jestem, w jaki sposób przygotowywała się do roli. Mnóstwo wyraża samymi oczami i bardzo subtelnymi zmianami wyrazu twarzy, podobnie jak…

2) Anthony Hopkins jako Stevens w “Okruchach dnia”. Wiadomo, że Hopkins jest genialnym i wyjątkowo wszechstronnym aktorem. Rolą kamerdynera w ekranizacji książki Kazuo Ishiguro dobitnie udowadnia, że jest w stanie zagrać po prostu wszystko. A zadanie nie było łatwe, bo Stevens jest osobą wyjątkowo zamkniętą w sobie, ukrywającą wszystkie swoje emocje. Tymczasem Hopkins jakimś cudem przekazuje swoją twarzą wszystko, co się dzieje z wnętrzem bohatera. Po obejrzeniu filmu przeczytałam książkę (bardzo polecam) i stwierdziłam, że po prostu nie można było zagrać tego lepiej.

3) Glenn Close jako markiza de Merteuil i John Malkovich jako wicehrabia de Valmont w “Niebezpiecznych związkach” (1988). Tych kreacji nie da się oceniać osobno. Close i Malkovich stworzyli niesamowity duet. Gdybym musiała zdecydować, kto wykazał się większym mistrzostwem, wskazałabym Glenn Close, ale nie ma pewności, czy przy innym partnerze udałoby się jej osiągnąć taki poziom. W końcu jak powiedział Morgan Freeman: “Aktorstwo to reagowanie”. Postrzegam markizę i hrabiego w tej ekranizacji jako całość, duet zły do szpiku kości :-) Im również udało się pokazać wszystkie niuanse uczuć tak wspaniale opisane w powieści. Wielkie brawa!

Śmierć i dziewczyna

Posted in recenzje tagi , on 15/03/2009 by kinomanka

“You have to show violence the way it is. If you don’t show it realistically, then that’s immoral and harmful” – Roman Polański

Któregoś dnia czekałam na jakiś program w TV. Aby uniknąć oglądania reklam, sprawdziłam, jaki film trwa na Zone Europa. Zobaczyłam Sigourney Weaver, która nakładała sobie na talerz kurczaka i sałatkę, wzięła butelkę wina, zamknęła się w małym pokoiku i usiadła na podłodze. Potem wyszła przed dom. Na zewnątrz lało. Kobieta zaczęła wpatrywać się w ciemną przestrzeń, aż dostrzegła światła samochodu zbliżające się powoli w strugach deszczu…

Scena prawie bez słów, przedstawiająca zwyczajne czynności… a jednak wciągała. Sprawdziłam potem, jaki to był film. “Śmierć i dziewczyna”. Nie zdziwiłam się – Polański jako jeden z nielicznych ma talent do przedstawiania zwykłych scen w taki sposób, że pożera się je wzrokiem (i słuchem:)) jak dobrą pożywną kanapkę.

Szybko zdobyłam ten film na DVD. Kilka tygodni temu obejrzałam go z myślą, że świeżo po seansie napiszę recenzję na blogu. Ale to było niemożliwe – musiałam odetchnąć, odpocząć, ogarnąć się. Niewątpliwie jest to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam, ale najlepiej pasuje do niego określenie “mocny”. Sięga do najmroczniejszych zakamarków człowieka. Wiele filmów przedstawia zbrodnie, wojny, krzywdy, ale nieliczne tak sugestywnie pokazują zdolność ludzi do czerpania przyjemności i satysfakcji z krzywdzenia innych.

Tak jak w genialnym “Nożu w wodzie”, cała historia rozgrywa się między trzema osobami. Ale to nie koniec podobieństw między tymi dwoma filmami. Dla obu charakterystyczne jest stałe napięcie i pewna “klaustrofobiczność”. Na szczęście do obu projektów reżyser wybrał świetnych aktorów. Miło oglądać Sigourney w takiej kreacji, a nie tylko uciekającą przed obcymi.

Film jest znakomity, ale ostrzegam – gorzki jak rzadko który. A myślałam, że “Gorzkie gody” to najbardziej gorzki film na świecie ;-)

Tak, lubię komedie romantyczne

Posted in felieton tagi , , , , , on 28/02/2009 by kinomanka

Komedie romantyczne to taki dziwny gatunek filmowy, który teoretycznie uwielbiają tylko kobiety. Mężczyźni “tylko” je z nimi oglądają i próbują ukryć wzruszenie lub nie popłakać się ze śmiechu.

Powszechnie komedie romantyczne są krytykowane za sentymentalizm i tanie chwyty. Sęk w tym, że z komediami romantycznymi jest dokładnie tak samo jak z filmami sensacyjnymi, horrorami, dramatami czy filmami SF: bywają dobre i słabe. Tymczasem wiele osób próbuje równocześnie ocenić świetne “Kiedy Harry poznał Sally” i mdłe “Powiedz tak” z Jennifer Lopez. Podgrupy są jednak w tym gatunku bardzo wyraźne. Owszem, czasem film jest zrobiony według ustalonego szablonu: bierzemy Meg Ryan, robimy z niej zagubioną słodką głupiutką bohaterkę i rzucamy w wir jakiejś dziwnej sytuacji, po czym na końcu wszyscy odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca. Uwielbiana “Bezsenność w Seattle” jest właśnie takim filmem. Lubię go, owszem, ale końcówka jest tak “wzruszająca”, że aż zęby bolą.

Lubię nawet leciutkie “Dwa tygodnie na miłość”. Przede wszystkim za jedną scenę. Nie, nie chodzi mi o scenę, w której Sandra Bullock tkwi w korku, a musi pilnie iść do toalety. Mam na myśli scenę w restauracji. Zamiast nachalnie tłumaczyć widzowi, że bohaterowie nieźle się zakumplowali, pokazany jest po prost wspólny posiłek – rozmawiając, Sandra i Hugh zabierają sobie z talerzy te elementy sałatek, których nie lubią. Cwane.

W komediach romantycznych często pokazywane jest zwyczajne, codzienne życie, a oprócz tego – znane ciekawe miejsca. We “Francuskim pocałunku” jest kapitalna sekwencja scen w Paryżu ze znikającą wieżą Eiffla, której nie może odnaleźć zagubiona Meg Ryan, a w “Tylko ty” Marisa Tomei biega po Rzymie, mijając sporo miejsc, które zwiedzałam. “Masz wiadomość” jest mi z kolei bliskie z powodu branży, w której pracują główne postacie. Nie są to co prawda filmy z ładunkami wybuchowymi, statkami kosmicznymi i teoriami spiskowymi, ale dzięki temu można w nich odnaleźć coś, co znamy z własnego życia. I niekoniecznie chodzi mi tu o fabułę :-)

Niestety, nie znam dobrej komedii romantycznej, która nie miałaby amerykańskiej lub angielskiej produkcji. Fragmenty polskich filmów typu “Nigdy w życiu”, które widziałam, były niesamowicie toporne i nie oglądało się ich dobrze. Szkoda.

Mniej znane komedie romantyczne, które polecam:

- “Tylko ty” (z Robertem Downeyem jr.),

- “Holiday” (z Kate Winslet, Cameron Diaz, Jude’em Law i Jackiem Blackiem),

- “Dziewczyna z Alabamy” (z Reese Witherspoon),

- “Miłość ma dwie twarze” (z Jeffem Bridgesem!),

- “Francuski pocałunek” (fajna Meg Ryan i Kevinem Kline’em).

I jeszcze bardzo słabe komedie romantyczne – omijać szerokim łukiem:

- “Pokojówka na Manhattanie” (boleję, bo gra w niej Ralph Fiennes),

- “Serce nie sługa” (Meryl Streep gra oczywiście świetnie, ale film jest nudny i bez wyrazu),

- “Powiedz tak” (Lopez ustylizowana na chodzącą niewinność, do tego przesłodzony Matthew McConaughey i przewidywalność – za duża nawet jak na komedię romantyczną).